piątek, 11 stycznia 2013

Wilki powrót

Witam po długiej, długiej, ale to długiej nieobecności i przepraszam

Moje postanowienie noworoczne, zacznę regularnie prowadzić tego bloga! Postaram się, by to postanowienie doprowadzić do szczęśliwego końca! Co mi z tego wyjdzie, zobaczymy.
Trzymajcie kciuki i do usłyszenia wkrótce. Mam nadzieję :)

Bee

czwartek, 10 maja 2012

Koniec

Dzień dobry

Dziś szybko i na temat, bo czeka na mnie "Gra Anioła" i jak zacznę czytać to długo nie przestanę. Swoją drogą, polecam. Tak jak i książkę "Więzień Nieba". Miałam napisać recenzję, ale najpierw muszę się nad tym bardzo skupić, żeby wymyślić coś sensownego.
Ale jak zwykle rozpisałam się całkiem nie na temat. Musicie wiedzieć, że dziś o godzinie 10:30 rano zakończyłam pracę nad Czystą Grą. Książka liczy sobie około 170 stron, więc jest cieniutka, ale ciekawa. Mam nadzieję... Nie wiem, czy i kiedy wydanie dojdzie do skutku, ale to w tej chwili nie ważne. Ważne jest, że po długich próbach pisania i jeszcze dłuższych przerwach w pisaniu wreszcie postawiłam kropkę na "i" i książka, którą od dawna chciałam napisać została zakończona. Teraz tylko musi przeczytać ją moja pierwsza czytelniczka Kaś, potem jeśli będzie miała ochotę, mój niooceniony konsultant - Klaudia, a potem zobaczymy, jak potoczą się losy Czystej Gry. Swoją drogą sama muszą ją przeczytać od początku do końca... Następnym razem postaram się nakreślić jakieś sensowne streszczenie. :)
Zmykam
Miłego, ciepłego dnia!
Bee

czwartek, 3 maja 2012

Okładka

 Dzień dobry

I jak tam płynie długi majowy weekend? Mnie na kompletnym nic nie robieniu... O ile to możliwie biorąc pod uwagę, że co drugi dzień jestem w pracy... Ale dziś wolny, piękny dzień i... nic nie robienie. No, mam nadzieje, napiszę rozdział do końca. A i właśnie... To powyżej to pierwsza z wykonanych przez jedną znajomą z chomika, okładka do Czystej Gry. I mam nadzieję nie ostatnia. Oceniajcie, co o niej myślcie. Podoba się, a może powinnam polować na całkiem coś innego?
I mam prośbę...znacie kogoś, kto gotów byłby przeczytać Czystą Grę i wykonać zwiastun? Będę wdzięczna za informację.

Pozdrawiam
Bee

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Nowy Początek

Witam i znów przepraszam za nieobecność! Nie będę pisać, że to się więcej nie powtórzy, bo nie mogę tego obiecać.

Z rzeczy nadrzędnych - odebrałam dziś mój upragniony, ukochany i jedyny w swoim rodzaju dyplom. I raz na zawsze żegnam się z uczelnią wyższą - Akademia Polonijna w Częstochowie. Hip - Hip - Hura!
I co więcej mogę powiedzieć... zaczyna się nowy rozdział w moim pokopanym życiu. Nowe plany, nowe marzenia, nowe cele... Miejmy nadzieję nowe miejsca i nowi ludzie. Pewnie jak każdy w takiej chwili mam wielkie oczekiwania i pełna jestem optymizmu. Przynajmniej dziś. Mam tylko nadzieję, że wszystko jako tako się uda. A najbardziej chyba podoba mi się moja odpowiedź na pytanie mojej kumpeli: Becia, jak myślisz, co będzie za rok?
"Nie wiem".
Znaczy, że wszystko przed nami i wszystko zdarzyć się może. Obym się nie myliła.

A tak z innej beczki piwa... zmieniłam nazwę tworzonej książki. To już nie Kartki z Twojego Kalendarza, a CZYSTA GRA!
I tu mój apel, jeśli ktoś z Was zna kogoś, kto może zrobić dla mnie projekt okładki, będę wdzięczna za informację. Dzięki :)
Bee

niedziela, 8 kwietnia 2012

Święta

W tą Wielkanocną Niedzielę chcę Wam wszystkim moi drodzy czytelnicy i nie tylko życzyć wszystkiego dobrego i jeszcze lepszego! Każdy z Was czegoś pragnie, więc życzę Wam przede wszystkim spełnienia wszelkich, nawet najbardziej skrytych i pozornie niemożliwych marzeń. Wszystkiego najnajnaj....lepszego
Trwajcie z książką :)

PS.Właśnie za moim oknem zaczął padać śnieg!

Bee

czwartek, 5 kwietnia 2012

Dzień dobry

Witam i od razu przepraszam. Nie było mnie masę, ale to masę czasu. Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że musiałam skończyć studia. I odpocząć momencik. I udało się. Dyplom obroniony! Hip - Hip -Hura!
Teraz, kiedy będę miała nieco więcej czasu postaram się pisać regularnie i ogólnie wrócę do promocji książki i mojego pisania.
Tak, tak,zaczęłam znów pisać. Postanowiłam wrócić do rozpoczętej historii pod roboczym tytułem "Kartki z Twojego Kalendarza". W ostatnich dniach powstały dwa rozdziały,dziś pracuję nad kolejnym - 15 rozdziałem. Trzymajcie kciuki mocno zaciśnięte, żeby książka ta powstała i być może ujrzała światło dzienne. Przyznam,że mocno mi na tym zależy :) I nie ma co,liczę na Was.
Chętnych do przeczytania fragmentów proszę o kontakt :)

A tymczasem przeczytałam Trylogię Igrzyska Śmierci i gdy tylko wymyślę kilka sensownie brzmiących słów,pospieszę z recenzją.

A tutaj tradycyjnie już link do Walcząc z Przeznaczniem
Zapraszam do kupowania i czytania. Warto!

http://www.radwan.pl/index.php?option=com_virtuemart&page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&category_id=17&product_id=445&Itemid=1&vmcchk=1&Itemid=221

Bee

sobota, 18 lutego 2012

Po drugiej stronie lustra

Witam


Znów nie było mnie masę czasu, ale musicie zrozumieć... Za miesiąc się bronię i choć serce mi się wyrywa do pisania, nie mam czasu. A najgorsze, że właśnie naszła mnie ochota do powrotu do dawnego, zaczętego projektu. Co ja mam do diaska zrobić...?


A teraz dawno już obiecany tekst.
Czytajcie, oceniajcie, komentujcie...


"PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA"



I.

Wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. W jednej chwili nie miałam nic, w drugiej byłam już najszczęśliwszą kobietą stąpającą po tym zasranym świecie. I nie przesadzam. Nie kłamię. Nie wyolbrzymiam.
Ale od początku...
Był pierwszy października, kiedy dostałam pracę. Ja, świeżo upieczona absolwentka wyższej uczelni. Dwudziestopięcioletnia dziennikarka. Młody szczyl, który nie ma pojęcia o życiu, oddycha marzeniami, który zdolny jest na wszystko byle tylko spełnić choć jedno z nich.
Byłam sama w wielkim mieście. Niby nic nowego, bo przecież przeżyłam tak pięć lat, ale tamtego dnia wszystko miało się zmienić. Stać się pełniejsze, świeższe, ale i o wiele trudniejsze. Wyprowadziłam się z akademika i dzięki pomocy rodziców wynajęłam mieszkanie. Mieściło się u samego kresu miasta, w starej, podrzędnej kamienicy, w której przepisy sanitarne z pewnością nie były przestrzegane. Na nic lepszego nie było mnie wtedy stać. Ale czy to sprawiało, że byłam od kogoś w czymś gorsza? Nie. Wtedy uważałam, że wręcz przeciwnie, jestem lepsza. Na wszystko bowiem zapracowałam samodzielnie. Wreszcie zrozumiałam o czym przez pół życia truli mi rodzice i dziadkowie. Dopiero kiedy sama zaczniesz zarabiać pieniądze zrozumiesz ich wartość.
Wiecie jak to jest, kiedy zaczyna się nowy etap w życiu?
Pewnie, że wiecie. Jesteście szczęśliwi i podnieceni, a jednocześnie przerażeni do szpiku kości. Wszystko jest dla was nowe, dziwne i trudne. Nawet zwykłe zaparzenie kawy w pokoju socjalnym pracowników staje się dla was czynnością wręcz nie do wykonania. Ja nie byłam inna pod tym względem. Chyba, że za inność można uznać nie panowanie nad wyrazem twarzy i drżeniem rąk. Ale starałam się. Z każdym dniem walczyłam o siebie i o to, by nie spieprzyć szansy, jaką ktoś postanowił mi dać.
I wtedy wszystko zaczęło dziać się jednocześnie...
- Natalia, szef cię prosi do siebie.
Te słowa sprawiły, że krótkie włoski na moich przedramionach stanęły mi dęba. Podnosiłam głowę znad monitora komputera i spojrzałam na moją nową koleżankę po fachu. Gośka miała lat trzydzieści na karku i pracowała tu niemal od początku istnienia gazety. Wiedziała wszystko o wszystkich i w dodatku podobno sypiała z szefem, człowiekiem starym, grubym i ogólnie jak na moje standardy ohydnym.
- Nie wiesz czego chce? – zapytałam, z ociągnięciem podnosząc się z krzesła obrotowego na którym siedziałam.
Gośka zrobiła minę pod tytułem: „A co ja wyrocznia”, po czym wzruszyła ramionami. Zaraz potem zasiadła za swoim biurkiem, pogrążając się w Pudelku.
Chcąc nie chcąc, ledwo stojąc ze strachu na nogach, powlokłam się do naszego naczelnego. Bałam się wtedy, bo, co tu dużo mówić, byłam nowa, niedoświadczona, a wczoraj oddałam swój pierwszy, całkowicie samodzielnie napisany tekst o braku przedszkoli w naszym mieście.
Stanęłam przed pokojem, w którym urzędował szef i odetchnęłam głęboko. Nie wiem jak długo tam tak stałam, skupiając się na tym, by wejść i zachowywać się jak osoba dorosła i godna zaufania. Wiem tylko, że pewnie stałabym tam nadal, gdyby nie kolega dziennikarz, Radek. Podszedł, stanął obok mnie i czekał, aż zwrócę na niego uwagę. Nie zrobiłam tego, więc najwyraźniej uznał za stosowne dać mi znak swojej obecności. Chrząknął. Z ociągnięciem spojrzałam w jego kierunku, na co on uśmiechnął się życzliwie.
- Stoisz tu ot tak sobie, czy masz ku temu jakiś konkretny powód?
Nie odpowiedziałam. Skupiłam się na tym, że w sumie jest przystojnym facetem. I całkiem sympatycznym. W ciągu tego miesiąca, jaki tu spędziłam zdążyłam go nawet polubić. Szkoda, że nie dane nam będzie kontynuować tej znajomości...
- Szef mnie wezwał do siebie – wydukałam w końcu, znów patrząc na brązowe drzwi, które miałam przed sobą.
- A nie wchodzisz bo...?
Tylko wzruszyłam ramionami. Jakoś nie miałam na to odpowiedzi. A raczej miałam, ale bałam się odezwać. Wtedy moje lęki stałyby się nad wyraz realne. Wolałam, by pozostały tylko w mojej głowie.
I wtedy Radek zrobił coś, co będę pamiętać jeszcze bardzo długo. Wyciągnął przed siebie rękę i nacisnął klamkę. Pchnął lekko drzwi, które stanęły przed nami otworem, ukazując gabinet naczelnego w całej jego okazałości.
- Proszę – mruknął Radek. – Pierwszy krok masz już za sobą.
Zaraz potem odszedł, a ja zostałam sama z... szefem.
Chcąc nie chcąc musiałam wejść do paszczy lwa, jak wtedy myślałam o gabinecie szefa i nim samym.
Okazało się jednak, że jak zwykle przesadzam. Naczelny miał dla mnie całkiem niezłe wieści.
- Twój tekst całkiem mi się podobał – powiedział, zerkając to na mnie, to na wydruk mojego artykułu. – Poważne potraktowałaś temat.
Przywołałam na twarz coś, co miało być uśmiechem.
- Dziękuję – mruknęłam tak cicho, że ledwo samą siebie usłyszałam.
- Ale uważam też, że to nie jest temat dla ciebie odpowiedni – mówił naczelny, patrząc mi w oczy. – Widziałbym cię w czym bardziej... elastycznym.
 Nie bardzo wiedziałam, co ma na myśli, więc milczałam, czekając na ciąg dalszy.
- Postanowiliśmy rozszerzyć nasz dział sportowy – mówił, a ja słuchałam z coraz to większym zapałem. – Pomyślałem, że będziesz odpowiednią osobą na właściwym miejscu. Zajęłabyś się relacjami z imprez sportowych w naszym mieście.
Zakończył, a ja nadal siedziałam cicho, jak mysz pod miotłą. Pewnie nie powinnam, ale taka już byłam, że do samego końca spodziewałam się uderzenia.
- Co ty na to? – ponaglił mnie naczelny, gdy nie doczekał się żadnej reakcji z mojej strony.
- Ja... nie no... super... To znaczy... bardzo dobrze. Znaczy cieszę się... Znaczy tak, jestem za.
I w ten oto sposób po miesiącu pracy w zawodzie zostałam dziennikarką sportową. Nie powiem, dobrze się stało. Sport zawsze w jakimś tam stopniu mnie interesował, a pisanie sprawozdań nie wydawało mi się być jakimś wielkim problemem. Przeciwnie, cieszyłam się, bo jako prasa będę miała darmowe, albo prawie darmowe wejścia na mecze i inne... rozrywki.
§§§
I wtedy poznałam Jego. Człowieka innego niż ja. Mężczyznę odważnego, przebojowego, silnego, bogatego, przystojnego. Człowieka przed którym życie stało otworem. Który mógł osiągnąć wręcz wszystko. Człowieka, który z zasady stanowił kłopoty.
Na imię miał Dominik. Był wysoki ponad przeciętność, miał ciemne, rozczochrane włosy, lekki zarost i czarne niczym otchłań piekielna oczy. Pociągał mnie od pierwszego naszego, całkiem przypadkowego spotkania. Był dla mnie całkowicie nieosiągalny i przez to stawał się moim bóstwem w ludzkiej postaci. Zakochałam się, jednak nie sądziłam, że on tak bardzo przemebluje moje życie. Że stanie się dla mnie wszystkim, a potem to wszystko mi zabierze. Nie przypuszczałam, że pokaże mi życie, jakiego nie znałam, że zaspokoi wszystkie moje potrzeby, a potem nagle stwierdzi, że nie to jest mu potrzebne. W końcu nie spodziewałam się tego bólu i upokorzenia. Nigdy nie wierzyłam w wielką, prawdziwą i niczym nieograniczoną miłość, którą pokazują na filmach. Nigdy nie sądziłam, że strata ukochanej osoby tak bardzo boli. Parzy. Zupełnie, jakby ktoś na moje serce wylał kubeł wrzątku, skopał duszę i posiekał wnętrzności. A wybaczenie? To dopiero popieprzona rzecz. Jeszcze gorsza od utraconej nadziei. Żeby wierzyć wystarczy wykrzesać z siebie nieco więcej niż przeciętnie pozytywnej energii. Aby wybaczyć, trzeba najpierw pozbyć się dumy i wolnej woli. To już nie jest „tylko”. Tego wszystkiego nauczył mnie właśnie On.
Pamiętam tamten dziej bo był upał. W maju. Wychodząc z redakcji miałam ochotę natychmiast zawrócić. W przestronnym, klimatyzowanym pomieszczeniu było tak miło...
Miałam na sobie krótką zieloną spódniczkę, która opinała moje pośladki i ukazywała szczupłe, świeżo opalone nogi. Bluzkę miałam białą, nieco przydługą, z lekkim dekoltem w szpic i krótkimi rękawkami. Przez ramię miałam przewieszoną kolorową, płócienną torbę, w której obowiązkowo znajdował się portfel, legitymacja, notes, komórka i dyktafon. Długie, czarne włosy upięłam wysoko na czubku głowy w kok, z którego wystawały pojedyncze pasma włosów. Grzywka opadała mi luźno z lewej strony twarzy, a ciemne okulary zakrywały moje zielone, o wiele za duże jak na mój gust oczy. Tak przygotowana szłam na mecz jednej z czołowych drużyn polskiej ligi siatkówki. Ten sport jako taki nigdy mnie jakoś specjalnie nie interesował. Znałam tylko podstawowe zasady i to mi wystarczyło. Miałam obejrzeć mecz, jeśli mi się uda przeprowadzić krótki wywiad, z którymś z zawodników i na koniec napisać sprawozdanie i wyciągnąć wnioski, które zastanowią kibiców. Nic bardziej prostego.
I przyznam, że szło mi całkiem sprawnie. Usiadłam na swoim miejscu gdzieś pośrodku sali, założyłam nogę na nogę, oparłam ręce na kolanie i wytężyłam wzrok, wpatrując się w graczy, którzy właśnie zaczęli rozgrzewkę. Czekałam. Nudziło mi się, więc zaczęłam nucić pod nosem słowa piosenki, którą spiker właśnie puszczał z odtwarzacza.
Wtedy traktowałam to jako przypadek, dziś myślę o tym, jako o przeznaczeniu. Nabrałam ochoty na kawę. A może mrożoną herbatę? Sama już nie wiem, czy była to cola, czy sprait. Z resztą, jakie to ma znaczenie? Koniec końców, odchodziłam z kawą w plastikowym kubku, kiedy ktoś zastąpił mi drogę. Nie zorientowałam się zbyt szybko, a raczej nie miałam czasu na jakąkolwiek reakcję. Odwracałam się na pięcie, z kubkiem parującej kawy w ręku, kiedy wpadłam na kogoś z impetem. Słyszałam tylko trzask gnieciącego się plastikowego kubka, a zaraz potem krótki krzyk i głośne przekleństwo. Wiedziałam już, że właśnie kogoś udało mi się poparzyć. Wiedziałam też, że to mężczyzna. Poznałam po głosie wypowiadającym sławne polskie słowo:
- Kurwa!
Z lekkim strachem i wielkim skrępowaniem podniosłam głowę i spojrzałam w górę. Przede mną, a właściwie na mnie stał wysoki mężczyzna o czarnym, wściekłym teraz spojrzeniu. Był... wielki. Sięgałam mu mniej więcej do połowy ramienia. Miał szerokie plecy i wąskie biodra. Na jego klubowej koszulce widniała wielka, brązowo – czarna plama, zapewne pozostałość po mojej kawie.
Nasze oczy się spotkały i już wiedziałam, że mam przekopane. Nie dość, że będę musiała zapłacić niebotyczny rachunek za pranie to jeszcze nie opędzę się do tego mężczyzny.
Utonęłam...
Te jego oczy...
Od tamtej pory nie potrafiłam już przestać o nim myśleć...
Jak mówiłam... sądziłam, że złapałam Pana Boga za nogi. Nic bardziej mylnego. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo podłe potrafi być życie...

Za błędy, literówki i wszelkie niedociągnięcia serdecznie przepraszam. Mam nadzieję, że mi wybaczycie.

Spokojnego weekednu
Bee

poniedziałek, 6 lutego 2012

Czas Honoru - Jarosław Sokół

"Czas Honoru" - Jarosław Sokół

 Kiedy tę pozycję zobaczyłam będąc w Empiku pierwsze o czym pomyślałam to to, że muszę tę książkę mieć. Autentycznie i poważnie. Oczy mi się zaświeciły i w chwilę później wszystkie inne pozycje przestały mieć znaczenie. Później okazało się, że cena nieco przewyższa moje ówczesne fundusze, ale w końcu i tak książkę zamówiłam, dostałam w swoje łapska i przeczytałam jednym tchem. I nie chodziło o to, że okładka mi się spodobała, ale głównie o to, że namiętnie oglądam serial pod tym samym tytułem. Po za tym dawno nie czytałam książek o wojennej tematyce, a  przecież bardzo je lubię.
Ale co do samej książki... co tu dużo mówić, polecam. Polecam osobą, które chcą przeczytać coś sensownego, poważnego i wartościowego. Polecam zarówno osobą znającym serial, jaki i tym nie oglądającym. 
Książka opowiada historię czterech młodych mężczyzn, w których życie wtargnęła woja i która to wojna połączyła ich losy. Michał, Janek, Władek i Bronek mają przeróżne charaktery, wywodzą się z różnych warstw społecznych, mają swoje marzenia, pragnienia, lęki. Każdy z nich kogoś kocha i każdy musiał kogoś i coś poświęcić. Ich historia rozpoczyna się w dniu wybuchu wojny. Autor ukazuje ich tułaczkę przez świat w poszukiwaniu Wojska Polskiego, z którym każdy z nich mógłby ruszyć na Niemców. W końcu udaje im sie dotrzeć do Anglii, gdzie przechodzą specjalistyczne szkolenie i zostają "odesłani" do okupowanej Warszawy, gdzie jako Cichociemni rozpoczynają walkę z Niemcami...
Czas honoru jest książką... chyba o wszystkim. O wojnie, o walce, o okrucieństwie niemieckiego okupanta i o waleczności ludzi, którzy niczego tak nie pragnęli jak wolności. Jest to historia o zdradzie, o honorze, miłości i nienawiści. Autor w prostych słowach oddaje charakter ówczesnej Warszawy. Bohaterowie są prawdziwi i realistyczni, co sprawia, że książkę czyta się szybko i z wypiekami na twarzy. Nie ma w niej zbędnych wątków. Przeciwnie, książka wydaje mi się za krótka. W książce zostały rozbudowane pewne wątki, poznajemy kilku nowych bohaterów, a niektóre z sytuacji zostały zmienione, co sprawia, że książka nie jest tylko wierną kopią serialu. I tu wkracza wyższość słowa pisanego nad taśmą filmową. Żaden, nawet najlepszy aktor nie odda uczuć i emocji bohaterów niż autor tworzący ich w swojej głowie i przelewający swoje myśli na papier...
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie miała pewnego "ale". Co najważniejsze, książka zbyt szybko się kończy. Niby w dobrym momencie, ale jednak człowiek chce czytać więcej i więcej. Miał tylko nadzieję, że pan J. Sokół zdecyduje się na kontynuowanie opowieści. Ja osobiście już  nie mogę się doczekać. 


I mały dodatek do lektury akurat tej konkretnej pozycji. 


Warszawo Walcz


Polecam i do usłyszenia
Bee

środa, 1 lutego 2012

Rozstrzygniecie konkursu

Miłe panie... nadszedł luty, a więc czas ogłosić wyniki konkursu, jaki ogłosiłam już jakiś czas temu...
Dotyczył on dokończenia krótkiego fragmentu tekstu. Nagrodą jest egzemplarz mojej książki "Walcząc z Przeznaczeniem". Zgłosiło się kilka osób i przyznam, że wybór nie był łatwy. Wahałam się do samego końca, czy do jakiś dwóch minut temu z oceną głównie pomiędzy dwoma zgłoszeniami. W końcu wybrałam, przy pomocy wprawnej czytelniczki Kasi...
Pod uwagę brałam głównie pomysł na rozwinięcie akcji, a starałam się nie zwracać uwagi na długość, błędy, czy literówki. 
I tak mogę śmiało ogłosić, że:


3 miejsce zajęła Natalia
2 miejsce przypadło Patrycji
1 i egzemplarz Walcząc z przeznaczeniem wędruje w ręce Urszuli


Dziękuję za wszystkie zgłoszenia i liczę, że mimo wszystko zdecydujecie się na kupno książki :) Mam nadzieję, że miło spędziliście czas pisząc te fragmenty, bo ja naprawdę cieszę się, że mogłam je przeczytać.
Zwyciężczyni serdecznie gratuluję i mam nadzieję, że wygrana w ten sposób pozycja książkowa będzie warta przeczytania.


A oto zwycięski fragment:


"Sparaliżowana strachem, zamknęłam oczy, chcąc się chyba odciąć od tego koszmaru. A może miałam cichą nadzieję, że to tylko sen i gdy otworzę zaciśnięte powieki - obudzę się we własnym łóżku? Nadzieja. Tylko ona ratowała mnie przed kompletną histerią.
Mężczyzna popchnął mnie na ścianę, unieruchamiając własnym ciałem. Nie miałam żadnej szansy się wyrwać. Choć szamotałam się zaciekle, efekty były mizerne. A reakcja? Tylko jeszcze mocniej mnie przytrzymał. Nie mogłam się ruszyć. Czułam się osaczona, zaszczuta, przerażona, a jednak uparcie nie otwierałam oczu. "To nielogiczne", pomyślałam. Bałam się jednak na niego spojrzeć. Bałam się... w zasadzie wszystkiego. Czułam tylko strach, zawładną on całym moim jestestwem, nic poza nim nie istniało. Cały świat był strachem!
W panice szarpałam się, czy raczej próbowałam to robić, starając się uwolnić od napastnika. On trzymał mocno i napierał na mnie ciałem, co udaremniało moje nieskuteczne wysiłki. W końcu stało się. Pochylił się nade mną. Nie widziałem tego, ale poczułam. To prawda, że gdy zabraknie wzroku wyostrzają się inne zmysły. Moje pracowały na zwiększonych obrotach. Czułam jak się nade mną pochyla. Zacisnęłam usta, wiedząc, co nastąpi. Przerażenie całkowicie mną zawładnęło. Panika odbierała zmysły. Tylko strach! Nic więcej!
A zaraz potem szok! Zero gwałtowności, żadnej brutalności. Nic z tych rzeczy! Całował jak kochanek, nie jak gwałciciel. Dziwne, że w ogóle zdałam sobie z tego sprawę. W tych okolicznościach?
Już miałam otworzyć oczy i spojrzeć na niego, gdy nieoczekiwanie przytulił policzek do mojego i szepnął:
- Cześć kochanie. Wróciłem.
Kompletnie zaskoczona następującymi po sobie wydarzeniami, kiedy uwolnił moje usta, nie pomyślałam nawet o krzyku. A może próbowałam? Zdałam sobie sprawę, że mam otwarte usta. Może próbowałam, tylko nie byłam w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku?
I te jego słowa... Ja przecież znam ten głos!
Gwałtownie otworzyłam oczy i spotkałam rozbawione spojrzenie Michała. W tej samej chwili puścił mnie i odsunął się o krok.
Przez chwilę dławiłam się wściekłością. "Jak on mógł" - to jedyna myśl, która wypełniała moją głowę. Powoli otrząsałam się z przerażenia, pozostała tylko niepohamowana złość. Silniejsza niż wszystko, co czułam do tej pory i konkretnie ukierunkowana.
- Ty debilu! Mało nie umarłam z przerażenia! - wrzasnęłam odzyskując głos. - Co ci przyszło do głowy, żeby mnie tak straszyć, co? 
Jednocześnie próbowałam go uderzyć, ale zgrabnie się uchylił, łapiąc mnie z rękę i przyciągając do siebie.
- Nie gniewaj się, kotku. - Uśmiechnął się, tak jak tylko on potrafi. - Chciałem ci zrobić niespodziankę.
- Niespodziankę? - zadrwiłam. - Kpisz sobie?
Ciężko westchnęłam i dodałam:
- Mało nie padłam na zawał.
- Przecież wiesz, że kwiaty nie są w moim stylu - odpowiedział, jak gdyby nie słyszał moich ostatnich słów.
W tej chwili przypomniałam sobie z całą jasnością jak bardzo czekałam na jego telefon. Jak tęskniłam. Jak mocno byłam rozczarowana gdy od wieków, jak mi się zdawało, nie dzwonił. Poczułam żal i złość, ale już zupełnie inną. Złość zranionej kobiety, a nie przerażonej ofiary.
Powinnam się była ugryźć w język, ale tego nie zrobiłam:
- Telefony też nie, prawda?
Jego uśmiech się poszerzył i już wiedziałam, że wpadłam na całego. Miał mnie i nic nie mogłam na to poradzić. Powoli pochylił się nade mną.
- Tęskniłaś?
- Ani trochę, kretynie - próbowałam jeszcze się bronić, ale bez przekonania w głosie. Oboje wiedzieliśmy, że nie mówię tego, co myślę. - Puść mnie!
- Wcale tego nie chcesz - powiedział to na głos, chociaż żadne z nas nie miało co do tego wątpliwości. - Za to myślę, że masz ochotę na...
Nie dokończył, ale pocałował mnie dokładnie tak, jak każda stęskniona kobieta chce być całowana!"



Raz jeszcze dzięki i gratuluję!

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Nowy Projekt

Dzień dobry


Jej, czemu tam jest tak strasznie i przerażająco zimno...?
Nie znoszę zimy...

Ale ma to jeden plus... mianowicie, wpadłam kilka dni temu na nowy pomysł. Jak na razie staram się go realizować. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że uda mi się doprowadzić to do końca. Projekt pod tytułem "Po drugiej stronie lustra" to zbiór krótkich opowiadań, których bohaterami jest para młodych, zdolnych ludzi, których życie nie różni się niczym od życia nas wszystkich....

Natalia jest młoda dziennikarką, która dzięki swojej pracy poznaje mężczyznę, w którym zakochuje się bez pamięci. I z wzajemnością. Ta miłość jednak sprawia, że dziewczyna przestaje zauważać własne potrzeby, zmienia się podporządkowuje wszystko ukochanemu mężczyźnie. Przekonana jest o słuszności swoich uczuć. Czy aby na pewno...? Czy może tak bezgranicznie ufać i kochać Dominika...?
Mam nadzieję, że uda mi się na te pytania odpowiedzieć. 
I o ile wszystko pójdzie po mojej myśli, opowiadania już wkrótce ukarzą się na moim blogu. 
Jesteście ciekawi historii Natalii i Dominika?


Trzymajcie się cieplutko
Bee

niedziela, 29 stycznia 2012

Krzysztof Kotowski - "Krew na Placu Lalek"

Krzysztof Kotowski - Krew na Placu Lalek

Książkę kupiłam głównie z myślą o mojej mamie, która rozczytuje się w polskich kryminałach. Ale i ja sama powoli zaczynam się do nich przekonywać, a że na swoim koncie mam już kilka książek Kotowskiego, postanowiłam zaryzykować. I nie żałuję. Ale po kolei...
Opowieść zaczyna się w chwili, gdy młoda kobieta -Maria Chorodecka budzi się w ruinach pięknego pałacu, a nad nią stoi dziewczynka prosząca ją o pomoc. Maria decyduje się pomóc dziewczynce - Justysi, odnajdując jej rodziców. Na swojej drodze spotyka starszego mężczyznę, który mimo, że nie zna jej, oferuje pomoc jej i Justysi. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że mężczyzna nie żyje od około dwustu lat, a o Marii zapominają wszyscy, którzy choć na chwilę spuszczą ją z oczu. Zupełnie jakby nie istniała. Nie pamięta jej własna matka, która twierdzi, że Maria zmarła po urodzeniu, a w jej mieszkaniu i 10 lat mieszka obca rodzina... O co chodzi? Kim jest Maria i jakie ma zadanie? 
Książka pisana jest z dwóch punktów widzenia. Marii, która prowadzi pamiętnik, czy też dziennik, oraz dwójki policjantów, którzy owy dziennik lub pamiętnik dostają w swoje ręce i rozpoczynają śledztwo w sprawie handlu dziećmi. 
Książka miała być kryminałem. Dla mnie jednak jest pomieszaniem psychologii, thrillera i kryminału. Ukazana w niej historia jest niesamowita, w pewien sposób nierealna, a jednak dająca do myślenia. Każdy z nas ma jakieś przeznaczenie. Stąpa po tym świecie w jakimś konkretnym celu. I chyba między innymi o tym jest ta opowieść.Kotowski tłumaczy nam to w dziwny, zwiły i niezwykły sposób, w który trudno uwierzyć. Bo jak to w ogóle możliwe, żeby żyć przez kilka dni, tygodni, czy miesięcy, pamiętać chwile, których się nie przeżyło, rozmawiać z ludźmi, którzy za minutę całkowicie cię zapomną? A jednak taka właśnie jest Maria. 
Krew na Placu Lalek wciąga. Historia jest poukładana, przemyślana i co tu dużo mówić, dobrze napisana. Język jest prosty, płynny i lekki, przez co książka czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Fabuła wciąga, czytając szukasz odpowiedzi na pytanie o zakończenie i wyjaśnienie, a na końcu okazuje się, że rozwiązanie jest zupełnie inne niż się spodziewałaś. Mam tylko jedno "ale". Nie podobał mi się moment wyjaśnienia wszystkiego, który zajął ładnych kilka stron i przesycony był trudnymi treściami, które nie dla wszystkich mogą być jasne i proste. Zaskoczyło mnie zakończenie i przyznam, nie tego się spodziewałam.
Polecam wszystkim i liczę, że się nie zawiedziecie. :)

środa, 25 stycznia 2012

Joanna Chmielewska - "Gwałt"

Joanna Chmielewska - "Gwałt"

Gwałt, czy nie gwałt? Winny, czy nie winny? 
Książka po którą odważyłam się sięgnąć opowiada o rozprawie sądowej, która toczy się w Płocku w czasach głębokiego PRL-u. Bohaterami są pan prokurator - Kajtuś, Pani dziennikarka - Patrycja, oskarżony - Ziutek, pokrzywdzona - Rucka i kilku innych... świadków. Sprawa dotyczy gwałtu jakiego podobno dokonał Ziutek na Ruckiej. Ale czy aby na pewno...?

Przyznam, że nie poznałam odpowiedzi na moje pytanie. Nie poznałam, bo książki nie doczytałam do końca. Zostało mi mniej więcej 30 stron. Z tego co udało mi się doczytać, gwałtu nie było. Z resztą nie tu jest ważne. Miała pisać co myślę...
Otóż, przyznam szczerze, że swoją karierę z czytelnictwem zaczęłam właśnie od książki Pani Chmielewskiej. Był to Nawiedzony Dom. I tamta książka mnie... wciągnęła do świata literatury. Później było kilka innych książek tej samej autorki i wszystkie tak samo dobre. Ta jednak mnie rozczarowała. Jest nudna i nieciekawa. Nie ma tego specyficznego humoru, który kiedyś mnie zaczarował. Bohaterowie jacyś tacy niemrawi, a i sama historia nie bardzo nadaje się do spisana. Proces, którego nie powinno być. Może miało to być zabawne, czy groteskowe. Mnie wydało się raczej żałosne. Bez ład i składu.
Podsumowując, nadal cenię sobie Joannę Chmielewską, jednak Gwałt rozczarowuje. Zwłaszcza osoby, które twórczość autorki już znają. Nie polecam. Zacznijcie lepiej od "Nawiedzonego domu", lub" Zwyczajnego życia"

niedziela, 22 stycznia 2012

Ważne i mniej ważne opinie prywatne

Witam

Momomijo jak mnie tu dawno nie było...
Już tłumaczę dlaczego. Otóż, nie mam czasu. Albo raczej mam go wyjątkowo mało. Ale co poradzić, w końcu kończę studia. Licencjat, sesja, załatwianie dokumentów, źle wykonane zdjęcia i masa innych mniej lub bardziej ważnych spraw, o których myśleć nie chcę.

Dziękuję za zgłoszenia do konkursu. Rozstrzygnięcie już wkrótce. O wynikach poinformuję na blogu. Mam jednak małą prośbę. Przez moje zakręcenie pogubiłam adresy mejlowe osób, które przesłały mi swoje zgłoszenia. Będę wdzięczna jeśli w miarę możliwości odezwiecie się do mnie raz jeszcze.
Z góry dzięki.

Na koniec raz jeszcze pragnę wszystkich zachęcić do czytania "Walcząc z Przeznaczeniem" Myślę, że warto :)

I jeszcze chciałam ogłosić, że wracam do czytania. W miarę możliwości czasowych będę umieszczać w oddzielnej zakładce moje własne opinie na temat danej pozycji. Obecnie zabrałam się za czytanie "Gwałtu" Chmielewskiej. Mam nadzieję, że warto :)

Spokojnej i miłej niedzieli i do następnego razu

Bee

piątek, 6 stycznia 2012

Nakanapie

Dzień dobry
Witam w nowym 2012 roku. Oby był dla nas wszystkich szczęśliwy


 
Recenzja Walcząc z Przeznaczeniem na stronie nakapie.pl
 
Zapraszam do czytania!
I miłego dnia wszystkim
 
Do usłyszenia
Bee 

środa, 14 grudnia 2011

Konkurs

Witam
Trochę mnie nie było, ale co poradzić, obowiązki, obowiązki i obowiązki. 
A dziś kupiłam choinkę. Okazało się, że święta zbliżają się szybciej niż mi się zdawało i wybór drzewek jest mniejszy niż przypuszczałam niż będzie. Ale jest! Moja choinka. Piękna, prawdziwa, iglasta.... Idealna. Pytanie jak zareaguje na nią mój  kot... Ciekawe czy mam plastikowe bombki...?


Wiem, wiem  święta, dużo pracy, mało czasu, ale i tak chcę Was wszystkich zachęcić do czytania mojej pierwszej wydane powieści. Sądzę, że na prawdę warto. Ale to ocenicie sami!


Dla wszystkich z masą pomysłów proponuję KONKURS. 
Do wygrania nic innego jak EGZEMPLARZ "WALCZĄC Z PRZEZNACZENIEM"! 

Już tłumaczę o co chodzi....


"...Mój instynkt samozachowawczy kazał mi uciekać. Krzyczał do mnie na całe gardło – beż nogi za pas i spieprzaj. Może uda ci się uciec. Nie koniecznie aż do twojego mieszkania. Uciekaj dokądkolwiek. Do pierwszej lepszej klatki. Wpadnij do pierwszego lepszego mieszkania. To, że zrobisz z siebie wariatkę nie ma znaczenia. Ważne, że uratujesz samą siebie.
   Mimowolnie przyspieszyłam. Mocno złapałam torebkę, a moje nogi zmusiły się do marszu. Ktoś za mną również przyspieszył. Przez chwilę miałam wrażenie, że zamierza mnie wyprzedzić, ale moje nadzieje okazały się złudne. Mężczyzna idący za mną wybrał doskonałe miejsce. Wykorzystał mój opłakany stan ducha i brak czujności. Byłam tak pochłonięta myślami o ucieczce, że paradoksalnie przestałam myśleć racjonalnie.
   Kiedy poczułam jego dłonie na swojej szyi i ustach wiedziałam, że jest za późno. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, a on już wciągał mnie do ciemnej, pustej i zimnej bramy, która stanowiła przejście na drugą stronę osiedla..."

Jest to krótki fragment mojej nowej powieści.
Zadanie dla Was jest takie, by napisać kilka słów o  tym, jakie proponujecie zakończenie tej sceny. Opis sytuacji, rozmowa, emocje...

Zgłoszenia wraz z propozycjami proszę nadsyłać do  końca stycznia na mój adres e-mailowy:
bea10@onet.eu

wtorek, 29 listopada 2011

Rcenzja - odsłona druga

Dzień dobry


Wczoraj miałam ogólne rzecz biorąc całkiem dobry dzionek. 
Po pierwsze siatkarze wygrali w świetnym podobno stylu (niestety nie mogłam oglądać), po drugie w pracy poukładało się całkiem oki, a i okazało się, że mój telewizor znów działa. Ale to nic, w porównaniu z tym...
Wraca z pracy do domu, jem obiado - kolacje, wchodzę na pocztę i patrzę, patrzę, a tu to:


Walcząc z Przeznaczeniem - recenzja


Wspaniała recenzja mojej książki. 
Zapraszam do czytania i trzymajcie się cieplutko.

niedziela, 27 listopada 2011

Przesój

Witam pięknie w ten niedzielny poranek


Miałam być na zajęciach, ale co tu dużo mówić, pierwsze odwołali. I nawet fakt, że muszę tak, czy inaczej jechać na uczelnie tyle, że na dwunastą nie popsuł mi nastroju. A dlaczego? Bo dzięki temu mogłam zobaczyć jeszcze jeden mecz ze zmagań naszych pokręconych siatkarzy na Pucharze Świata. Wygrali, bo wygrali i z trzech punktów trza się cieszyć i to robię, ale przyznam szczerze, że z taką grą to jak oni ten awans zdobędą to będzie cud nad Wisłą... Nie będę się rozwodzić nad grą, bo raz, to nie miejsce na to, dwa, brakłoby mi i miejsca i czasu. Powiem tylko, że mam z mamą pewną prostą teorię. Oni zwyczajnie jak przegrywają pierwsze sety, wygrywają mecze. A emocji przy tym dostarczają człowiekowi niesamowitych. Ale przyznam, że liczyłam iż pójdzie im lepiej. Ale, cóż, trzymajmy kciuki za Kubę, żeby dziś wygrała, a przynajmniej ugrała coś Włochom.
A teraz z innej beczki... mam przestój twórczy. Pewnie po części to wina siatkówki właśnie, bo oderwać się od tego nie mogę (ale kibic wie, że to jest jak nałóg), ale i czasu brak i zapał jakoś mi dziwnie zmalał. Nie mówię, że się poddaję, nie, nie, ale chyba na najbliższy czas pisanie dla przyjemności pójdzie w odstawkę. Muszę się w pełni skupić na licencjacie. Cieszy mnie to raczej średnio, ale co poradzę?! Życie!
A i wczoraj w Mam Talent wygrał chłopak, który chciałam, żeby wygrał. :)
Także trzymajcie kciuki i za siatkarzy i za mnie również.
Pozdrawiam i miłej niedzieli
Bee

wtorek, 22 listopada 2011

Nic nie popsuje mi tego dnia

Dzień dobry


Jak napisałam w tytule nic już chyba dziś nie popsuje mi tego dnia. 
A przynajmniej taką mam, wielką, przeogromną nadzieję. Ale chyba musiałby spaść meteoryt, żebym się dziś zmartwiła. I wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że nie wiem dokładnie i konkretnie co jest przyczyną. Z pewnością dzisiejszy poranek, kiedy nasi siatkarze wygrali kolejny mecz na Pucharze Świata. Tym razem z Argentyną. Musicie bowiem wiedzieć, że ostatnio to ze mnie wielki kibic jest. Razem z moją siostrą. Stąd właśnie pomysł na nową książkę, które bohaterem ma być przecież siatkarz. 
Ale wracając do tematu meczu... świetny. Jeśli ktoś chce się podenerwować, zezłościć, albo ucieszyć, polecam. Emocje ogromne. Oni to potrafią człowieka... zdenerwować. 
Ja tam chyba wierzę w sukces. Nie popadam w huraoptymizm, bo wiele jeszcze przed nimi, ale po takich meczach jak do tej pory, moja wiara nieco mimo wszystko wzrosła. Trzymam kciuki i Wy też powinniście!
Powodem mojego dobrego humoru jest też pewnie przegrana Brazylii. W prawdzie podobno to gorzej dla nas, ale co tam? 
A i mam urlop... jeszcze. I prawie kończę pracę licencjacką. W prawdzie nie wiem, czy aby na temat piszę, ale o tym dziś nie będę myśleć. Wolę skupić się na zjedzeniu czegoś pysznego (jeszcze nie wiem co to by miało być) i pisaniu kolejnego rozdziału Kartek z Twojego Kalendarza. 
Zmykam, bo mi żołądek się do kręgosłupa przyklei i tyle będzie :)
Bee

poniedziałek, 14 listopada 2011

Fragment nowej historii

Witam pięknie
Nie wiem, jak u Was, ale u mnie pogoda piękna. Lekki mrozik, wielkie słońce, trochę wiatru. Pięknie... No i wszystkie liście już spadły z moich aż dwóch drzew, więc jeszcze tylko szybkie grabienie i koniec akcji "liść". 


Ale nie o pogodzie miałam pisać...
Po pierwsze zapraszam do kupowania, czytania i oceniania Walcząc z Przeznaczeniem
Oto link:
http://www.radwan.pl/index.php?option=com_virtuemart&page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&category_id=6&product_id=445&Itemid=1&vmcchk=1&Itemid=197


Zapraszam i obiecuję, że nie pożałujecie. 
Książkę można również kupić wprost ode mnie. Dla chętnych z dedykacją i autografem. O kontakt proszę na mój adres w-mail.


Trzy egzemplarze z dedykacją i autografem wprost ode mnie powędrowały dziś do moich czytelniczek. Mam nadzieję, że moja roztrzepana i wiecznie zamyślona głowa nie pomyła adresów... :)


I na koniec z całkiem innej beczki. Jak wiecie, a jeśli nie to się dowiecie, piszę nową historię. Pojawiła się w mojej głowie jakiś czas temu i jak bony dyny nie da mi spokoju póki nie przeleję myśli na papier. 
Już teraz zapraszam do czytania... :)


Oto kilka krótkich fragmentów:



Wpis z 18 października

  "... Ktoś kiedyś zapytał mnie, jak wygląda zwykły dzień siatkarza.
   I od tego dziś zacznę.
   Być może wyobrażasz sobie, że nasze życie jest jakieś niezwykłe. Inne. Lepsze. Otóż nie. Nasz dzień jest dniem takim samym jak i twój. Owszem, są chwile, że rozkład dnia nieco się zmienia. Turniej, czy obóz przemianowuje nasze życie na te kilka dni, czy tygodni. Ale w ogóle i szczególe, nasz dzień wygląda... zwyczajnie.
   Ten też miał tak właśnie wyglądać. Wstałem rano, jak zwykle o szóstej, przebiegłem swój stały dystans w parku za osiedlem, na którym mieszkałem, wziąłem prysznic i doprowadziłem swój wygląd do porządku. Zjadłem jak zwykle obfite śniadanie i włączyłem telewizor na program informacyjny. Na dziesiątą miałem umówioną rozmowę z moim psychoterapeutą, a stamtąd gnałem prosto na trening. Szybki, pyszny obiad i raz jeszcze na halę. Wieczorem zamierzaliśmy z chłopakami skoczyć na małe piwko, a potem do domu grzecznie spać. A pojutrze pierwszy mecz. Już nie mogłem się doczekać. To niesamowite jak wielką to dawało mi adrenalinę. Zupełnie, jakby siatkówka utrzymywała mnie przy życiu. Byłem od niej uzależniony od bardzo, bardzo dawna. I z dnia na dzień zdawałem sobie sprawę z tego, że ten mój przymusowy odwyk na nic się zdał. Gra w siatkówkę to więcej niż moje życie. To moje powołanie. I możesz się śmiać. Jeśli tak jest, znaczy to, że nie posiadasz pasji. Że nie wiesz, jak to jest, gdy to, co kochasz zostaje ci odebrane..."

"...Tamtego dnia Karol Żakowski był człowiekiem, który dawno już stracił wszystko co dobre. Cierpiał z tego powodu, a przyczyn swego nieszczęścia upatrywał wszędzie lecz nigdy nie w sobie.
   Teraz, właśnie tamtego wieczora znalazł sobie koleją ofiarę.
   Ta nauczycielka zapłaci mi za to, myślał, wysiadając z autobusu. Doskonale zapamiętał sobie jej twarz. I jej towarzysza również. Znał jej nazwisko, wiedział gdzie pracuje... To wystarczyło, aby zmienić jej życie w piekło. I nie mówił tego w przypływie złości. Tak, prawda, był wściekły i zawiedziony, ale jego myśli pełne nienawiści płynęły z głębi serca.
   Być może nie radził sobie z własnym życiem. Może źle postępował, ale to nadal była tylko i wyłącznie jego sprawa. Nikt nie miał prawa wtrącać się w to co, z kim i jak robi. Zwłaszcza jakaś mała siksa, która gówno wie o życiu. Nikt nigdy go nie pouczał i nikt nigdy robić tego nie będzie. A już z pewnością nie zamierzał pozwalać na to, by ktoś nasyłał na niego policję i groził odebraniem syna. Gówniarz był jego własnością i to co z nim robił, było jego prywatną sprawą..." 
 
"...Wyszłam z hali i zatrzymałam się gwałtownie dopiero przed moim zdezelowanym polonezem. Oparłam się o drzwiczki, zamknęłam oczy i zaczęłam głęboko oddychać. Zbierało mi się na płacz. Czułam się podle. Byłam sfrustrowana, wściekła, oburzona i załamana. Próbowałam się uspokoić, ale wszelkie moje zamiary szły na marne. Raz za razem w mojej głowie przewijały się urywki rozmowy sprzed chwili, a to tylko nasilało moją niemoc.
   Kurwa jego mać!
   Szlak by trafił frajera!
   Jak on... Kurwa...
   Co za gnój... Mogłabym go... udusić....
   Wykrzykiwałam to wszystko w myśli i bezsilnie zaciskałam pięści. Miałam ochotę krzyczeć. Najchętniej rozerwałabym coś na drobne kawałeczki. Powoli niemoc, frustracja i smutek przeradzał się we mnie w nieokiełznaną wściekłość. Byłam zła na siebie, na prezesa, a nawet na tych jego zawodników, których na oczy nigdy nie widziałam. Byłam tak zła, że... że... że cholera nie potrafię tego opisać.
   Gdybym tylko miała z czym do niego wrócić. Gdybym tylko wiedziała, co mu powiedzieć... Gdybym...
    Obróciłam się na jednej nodze. Mój wzrok padł na wielką, majestatycznie prezentującą się halę sportową i moja złość automatycznie narosła we mnie. Miałam wrażenie, że osoba patrząc na mnie z boku widzi kłęby pary buchające z moich uszu..."

Jak na razie "Kartki z Twojego Kalendarza" liczą sobie sześć i pół rozdziału, dokładnie 52 strony. 
Prace trwają, choć przyznam, nie mam wiele czasu. Mam za to świetnego eksperta, a raczej ekspertkę, której bardzo, ale to bardzo z tego miejsca dziękuję za pomoc i liczę na więcej. Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy, ale jestem dobrej myśli. A jeśli ja jestem dobrej myśli, to znaczy, że musi być naprawdę dobrze :)

Pozdrawiam
Bee